KATOWICE 1998

BETTER THAN RAW WORLD TOUR 1998 - KATOWICE / SPODEK 10.06.1998

Setlista:

Deliberately Limited Preliminary Prelude Period In Z
Eagle Fly Free
Dr. Stein
Push
Revelation
I Can
The Time Of The Oath
Power
How Many Tears

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy przed czerwcowym koncertem, kiedy okazało się, że do naszego kraju przyjedzie legendarny Black Sabbath, a jako support zagra, wracający na zasłużone miejsce, Helloween. Wynikło wtedy kilka dziwnych sytuacji, ale w końcu okazało się, że bilet na koncert dostanę w prezencie (nie było mnie po prostu w tym czasie stać) od redaktora naczelnego „Tylko Rocka”, pana Wiesława Weissa (za ten cudowny dzień będę mu wdzięczny do końca życia!!).

Do Katowic przyjechałem ok. południa, a że dopiero po godz.16 miały zostać otwarte bramy Spodka, coś z tym czasem trzeba było zrobić. Udałem się więc do dworcowego baru na piwko...

Kiedy pół godziny później znalazłem się pod „krążkiem” okazało się, że na środku placu stoi wielki, biało-czerwony namiot browarów „Tyskie” (pamiętacie to, he he). A że prawie wszystkie miejsca (ok. godz. 13!!!) były już pozajmowane, nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić. Wtedy kilku dużo starszych ode mnie fanów z Łodzi zaprosiło mnie do swojego stolika.. i aż do otwarcia bram zabroniło od niego wstawać (chyba, że do WC), donosząc co chwila na zmianę szklanice ze złocistym płynem. (panowie, jeżeli to czytacie, to jeszcze raz wielkie dzięki!!!), tłumacząc mi, że ja jeszcze się uczę, a oni pracują.
 


Przemek i Markus
 

Przemek i Weiki
 
  
Przemek i Andi

Przemek i Roland

Po otwarciu bram Spodka udaliśmy się w jego kierunku, ale przed wejściem, niestety, rozstaliśmy się – ja musiałem osobiście odebrać swój bilet. Później doszło do tylu cudownych i wspaniałych sytuacji, że aż do dzisiaj na ich wspomnienie łezka w oku się kręci: miałem okazję porozmawiać, porobić pamiątkowe fotki i otrzymać autografy od Markusa Grosskopfa, Michaela Weikatha i Andi Derisa (dwaj ostatni narysowali mi specjalne dynie!). Coś niesamowitego! Ale wtedy trzeba było wracać przed scenę, bo za kilka minut miał się wreszcie rozpocząć koncert Niemców.

Kiedy znalazłem się już niedaleko barierki moim oczom ukazała się wielka kotara, na której narysowana była (znana z tylnej okładki najnowszego w tym czasie albumu, „Better Than Raw”) dynia gotowana w kotle. A już za chwilę dały się słyszeć pierwsze dźwięki świetnego instrumentalnego intra, „Deliberately Limited Preliminary Prelude Period In Z”! I nagle, gdy ten klasyczny utwór miał się już ku końcowi, na scenę wyskoczyli panowie i po krótkiej „ściance” dźwięków rozpoczęli rewelacyjny „Eagle Fly Free” – mistrzostwo świata! Uśmiechnięty Roland zapierdzielał na swoim biało-złotym Stratocasterze po mojej lewej stronie, w środku (ubrany w jeansową koszulę) Andi i wszędobylski Markus, a na końcu (kiepsko Go wtedy widziałem..) ubrany na czarno i obsługujący biało „strzałę” Weiki. No i oczywiście rządzący zza garów Uli !!!

To co panowie wyczyniali na „dzień dobry”, było cudowne, a już pan Grosskopf przechodził sam siebie – biegał, skakał i robił uśmiechnięte miny do uradowanej publiczności! Chociaż przyznać trzeba, że Andi nie pozostawał w tyle.. Fani jeszcze nie zdążyli ochłonąć, a zespół rozpoczął kolejnego „sztandarowca”, rewelacyjny i wesoły „Dr. Stein”!! Bajka!!! Panowie spacerowali uśmiechnięci, a podczas solówki Andi chwycił Markusa za głowę i w takt muzyki pochylał ją jak wajchę, by na końcu dołączyć się do Niego i razem z Nim ładną chwilkę pomachać! Po tym kawałku nastąpiła chwila przerwy, ale tylko po to, żeby Andi zapowiedział kolejny „najcięższy wałek w historii Helloween”, który złamał nam wszystkim nosy - Push!! W czasie, kiedy Andi zapowiadał ten niesamowity numer, gitarzyści zmienili swoje instrumenty – Roland wziął do ręki czerono-białego Stratocastera, a Weiki białego Gibsona. I jazda – te fiffy, solówki, moc i energia – cudo.

Następnie, po krótkiej zapowiedzi, panowie zagrali nostalgiczny i rozbudowany „Revelation”, który rozpoczął Roland przepiękną solówką, a zaraz potem przebojowy „I Can”, który zakończył się wyłączeniem świateł i nastrojową ciszą, którą nagle zaczęły przebijać łacińskie chóralne śpiewy. Na scenie pojawił się osamotniony Weiki i ściskając biało-czarną gitarkę rozpoczął mięsisty riff do „The Time Of The Oath” – niestety wtedy rozpocząłem walkę o miejsce, więc nie pamiętam dobrze tego kawałka...

Ale kolejny – „Power” – pamiętam już trochę lepiej (znane z ostatniego koncertu śpiewy lewo i prawo stronę...), ale przyznam szczerze, że byłem już bardzo zmęczony („Tyskie” dało znać o sobie, he he). I po tym kawałku panowie udali się za scenę, ale przyzywani przez fanów po krótkiej chwili wrócili (Weiki z czarnym Gibsonem!), by zagrać pożegnalny numer – rewelacyjny, cudowny i bajkowy „How Many Tears”! Po prostu rewelacja, a już ta przecudowna solówka (która mnie niesamowicie „jara”, chociaż już tyle razy ją słyszałem!) to prawdziwe arcydzieło! Znowu zapłonęły zapalniczki, a ja już myślałem, że się rozbeczę (to ten złoty płyn...). I niestety .koniec. Lecz ja, nie zastanawiając się długo, rozpocząłem wycofywać się w kierunku wyjścia. Zdążyłem obejrzeć tylko rozpoczęcie koncertu Sabbath (a co tam!) i wymknąłem się na świeże powietrze, aby udać się w kierunku parkingu znajdującego się na tyłach Spodka.

I to co tam przeżyłem, będę pamiętał baaardzo długo, he he.. Wspomnę tylko, że przez prawie godzinę miałem ogromną przyjemność porozmawiania i pożartowania (pan Deris o mały włos mnie nie udusił.. he he) ze wszystkimi muzykami Helloween, a od Rolanda (na pamiątkę prawie pól godzinnej rozmowy i wspólnego zdjęcia) otrzymałem w prezencie kostki do gry.

A pożegnałem się dopiero wtedy, kiedy bardzo miła pani z ochrony poprosiła mnie grzecznie (po uprzednim, wyrażonym wielkim zdziwieniem, pytaniu :”Jak się tutaj dostałem??!”) o opuszczenie terenu parkingu. Chyba nie muszę już opisywać jak się wtedy czułem, he he... :) Po prostu cudowny dzień!!!

Przemo.

(Wielkie podziękowania dla pana Wiesława Weissa i pana Grzegorza Kszotka (autora zdjęć dostępnych w galerii) – za wszystko!!!

helloween