BERLIN 2006

 

Jak zapewne wszyscy zainteresowani wiedzą, a ci mniej zorientowani dowiedzą się już w tym zdaniu – poznański koncert Primal Fear i HellOweeN został odwołany (powodów, domysłów, mniemań było mnóstwo – trudno wyłuskać dlaczego faktycznie tak się stało). Całe szczęście, że zaplanowaliśmy w owym tygodniu zaliczyć 2 shows tych zespołów – na otarcie łez został więc występ w Berlinie.
 


Ekipa z koncertów w Krakowie i Warszawie została tylko trochę zmieniona – trzon stanowili ci sami, mocno zaangażowani w sprawę uprawy Dyń ludzie. Jako, że do stolicy Niemiec bliżej nam, niż do polskiej, wystarczyło zacząć podróż niezbyt wczesnym rankiem. Mimo to dojechaliśmy na tyle szybko, że dla zabicia czasu wzięliśmy się za szlifowanie niemieckich chodników. U moich znajomych wciągnęliśmy obiad i sporo przed show pojechaliśmy pod klub. Przed wejściem czekała ledwie garstka niemieckich maniax. Buchnęliśmy plakaty z pobliskich murów, tradycyjnie odlaliśmy się w krzaczorach (trochę nie do końca, bo nadjechała „polizei”). Czekaliśmy na resztę naszej ekipy, która docierała aż z Warszawy – niestety do czasu otwarcia wrót sali nie pojawili się skubańce, co nas deczko wystraszyło (w trasie różnie bywa). Wejście odbyło się na diametralnie innej zasadzie, niż ta, która święci triumfy u nas (czyli, jak zawsze w Niemczech). Spokojnie, wężykiem, wszyscy zdążą, nie ma się co pchać. Po spokojnym oddaniu kurtek do szatni, podobna sytuacja zastała nas przy ustawianiu się do pierwszego rzędu. Niby był lekko zajęty, ale „sorry, excuse me” i zalogowaliśmy się po lewej stronie – naprzeciwko miejsca, w którym miał stać Sascha (tak krążyliśmy od pierwszego koncertu – od prawej do lewej – w Krakowie naprzeciwko Weikiego, w Warszawie naprzeciwko Derisa, a teraz przed Garstnerem).

Koncert zaczął się zgodnie z niemiecką precyzją punktualnie o 20-tej. Po krótkim intro na scenę wytoczył się Primal Fear, czyli potężny Ralf „biceps, jak moje udo” Schappers i jego sympatyczna świta (właśnie wtedy dojrzeliśmy też resztę naszej ekipy, która w ostatniej chwili zdążyła dotrzeć). Pierwsze 2 numery to rzeczy z ostatniego krążka „Seven Seals” – publiczność nie miała kłopotu z wtórowaniem wokaliście, choć nie było tak gromko, jak u nas. Co paręnaście minut dostawaliśmy od muzyków wzrok pełen aprobaty i wdzięczności (nigdy nie ruszam się na koncert bez transparentu zespołu, który występuje – tym razem nie było inaczej). W związku z mnóstwem sprzętu na scenie, kapela nie miała wielkich możliwości na bieganie po niej, trudno było więc koncert nazwać żywiołowym. Jednak potwierdzili regułę, że najważniejsza jest muzyka, a ta obroniła się w 100%. Bezawaryjnie zagrane największe hiciory kapeli, plus kilka numerów ze wspomnianego wcześniej ostatniego ich krążka dały załapać dobry klimat na wieczór. Niemcy, jak Niemcy – nie żeby stali całkiem jak barany, ale krwi nie zobaczyłem. Takie już ich podejście – bodaj się nie spocić zanadto. W ostatnim songu Schappers założył sobie na głowę rzuconą przez nas szmatę Primal Fear – Poland. Dwuutworowy bis zakończył ten godzinny, bardzo dobry koncert. (Koncercik zakończony rzutem kostek i pałeczek, Ptyś był na tyle smart, że jadną pałeczkę chwycił - niestety z helmutem na spółę i biedna musiała zostać podzielona jak Polska przy rozbiorach., czyli 2/3 dla niemca. Sam wskoczyłem do fosy i zdobyłem dwie kostki do gitary... już mnie gonił niemiec z ochrony, ale zdążyłem zbiec  - ha!- dop. Miro :)

Następnie na scenę wkroczyła armia technicznych i zaczęła „wielkie sprzątanie”. Potem jeszcze ostatnie próby dźwięku, a kiedy z głośników poszło „For those about to rock” AC/DC, wiedzieliśmy, że zostały tylko 3 minety do rozpoczęcia się koncertu HellOweeN! Podobnie jak na koncertach u nas w kraju, tak i tam zaczęło się od intra, wszedł Sascha, zagrał na akustyku wstęp do „King for a 1000 years”, doszedł Deris, któremu towarzyszył ryk napalonej publiki, za chwilę dołączyła reszta zespołu. Miód na nasze uszy! Znowu na żywo te fantastyczne dźwięki!!! Ledwo wyszli, a już przyuważyli nas z flagą (ta samą, którą mieliśmy na „naszych” koncertach). Scena nie była zbyt duża, można więc było cały czas być na bieżąco z poczynaniami każdego z muzyków na niej. A hasali, jak zawsze. Markus – jak piłeczka jo-jo, w te i nazad, wiecznie uśmiechnięty, Weikie też wiele razy zdołał przemaszerować scenę wzdłuż i wszerz. Sascha deczko spięty, ale Dynią machał jakby więcej, Deris – wiadomo – do bólu przeżywał każde pięknie zaśpiewane tego wieczoru słowo, no i Dani – na końcu, ale wcale nie ostatni – przede wszystkim było go jednak słychać. Trzeba tu dopisać: „I to jak!!!”. Rokowania i zakłady u bukmacherów są takie, że pod koniec tour z garów zostaną mu jedynie strzępy. Musi mieć facet dobrego sponsora, bo instrumentu w ogóle nie oszczędza. Ale i dwa razy było go dobrze widać. Pierwszy, kiedy wychylał się zza perkusji w trakcie pojedynku z Markusem, drugi raz (i to była rzecz nowa, której na początku trasy zobaczyć nie można było), kiedy stanął w szranki gitarowe z Saschą. Założył na siebie miniaturkę gitary elektrycznej (na tym byku pewnie i zwykła gitara wyglądałaby na nieproporcjonalnie małą) i usiłował zaskoczyć kolegę swoimi umiejętnościami. Strzelał przy tym takie miny, że ryczeliśmy ze śmiechu. Nie wiem, czy lepszy z niego aktor, czy garowy. W końcu dał jednak za wygraną i odpuścił – mimo ogólnie dużego talentu oraz wzrostu, gitarzysta z niego cienki. Oprócz tego jednego elementu, koncert nie różnił się doborem utworów od tego, co słyszeliśmy u nas w byłej i obecnej stolicy. Niemieccy fani reagowali trochę już lepiej niż na Primal Fear, chociaż i tak generalnie do tego, co się dzieje u nas na koncertach, było to raczej średnie zaangażowanie. Na żadnym koncercie, na którym byłem w Niemczech nie było ładowania się, pchania. Niby kulturka, ale z drugiej strony to koncert – chciałbym widzieć trochę więcej spontanu. Na pewno nie rozumiem kobiety, która stała koło mnie, nie znała żadnego utworu, na stosiku kupiła koszulkę i Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego ja na siebie wciągnęła. Zaczęła się lekko ruszać w momencie, kiedy Sascha grał solo, i... była wtedy jedyną ruszającą się na sali osobą. Ale może to ja się nie znam. Podobnie jak u nas, zespół dwa razy bisował. Na koniec pozamieniali się instrumentami, nawet Andi dostał na siebie gitarę Weikatha. Jednak co u siebie, to u siebie – większy luzik. Naturalne było więc i to, że między utworami Deris mówił dosyć sporo. Na koniec muszę napisać o czymś, co może mi być poczytane za chwalenie się, czy prywatę. Ale muszę i już! Występ HellOweeN był w zasadzie skierowany do nas – polskiej publiczności (wprawdzie niezbyt licznej, bo zaledwie kilkuosobowej, ale zawsze). Przypadkowo, owszem, Deris rozglądał się po sali, ale generalnie było to ustawione w ten sposób, że jedną zwrotkę w większości utworów śpiewał z Mirem, drugą zaś ze mną. Podobnie reszta zespołu – widać, że pamiętali nas z poprzednich koncertów, bo i wodę rzucali, kostki i ogólnie wiedzieli, że stojąc przed nami, gapiąc się na nas, sprawiają nam olbrzymia przyjemność, my nie pozostajemy za to dłużni przez cały czas trwania koncertu. Kiedy całkiem już skończyli, wszyscy przeszli na brzeg sceny vis`a`vis nas i podali wszystkie gadżety, które im jeszcze zostały. Nie tylko obejrzeliśmy wspaniały show, ale i w nim uczestniczyliśmy! (Ptysiu wywalczył chyba komplet kostek, a ja w końcu chwyciłem ten czerwony talerz Daniego, rzucany przez rękę grubego pomocnika widocznego na DVD z tour - widać rękę :) - dop. Miro :) Takie wspomnienia są dużo lepsze, niż porobienie sobie zdjęć w towarzystwie zespołu. Fajnie było, kiedy w Krakowie i Warszawie mieliśmy świadomość tego, że nie jesteśmy już dla nich anonimowymi fanami, jednak ten berliński koncert był absolutnym apogeum naszej dotychczasowej znajomości (jeśli można to w ten sposób określić) z HellOweeN!!

Podobnie, jak poprzednio, tak i tym razem chciałbym podziękować very loud ludziom, z którymi stworzyliśmy to, co stworzyliśmy. Każdy z naszej grupki zna swoje miejsce w szeregu, zna swoje zadania. Na tak zorganizowanych ludziach nie sposób się zawieźć! Wielkie i szczere ukłony dla Inki, Mira, Dunkana, Przema i najmłodszego chyba fana HellOweeN – 13-letniego Igora! Keep Pumpkins Alive!!!

Ptyś

Foty w galerii....

Tracklista:

1. Intro
2. King For A 1000 Years
3. Eagle Fly Free
4. Hell Was Made In Heaven
5. Keeper Of The Seven Keys
6. A Tale That Wasn't Right
7. Drum Solo - Dani contra Marcus
8. Occasion Avenue
9. Mr. Torture
10. If I Could Fly
11. Guitar Solo - Sascha contra Dani
12. Power
13. Future World
14. The Invisible Man
15. Mrs. God
16. I Want Out
17. Dr. Stein

helloween