HISTORIA
Historia Helloween... To już prawie temat na pracę magisterską ;) Wszystko zaczęło się gdzieś w 1978 roku kiedy to śpiewający gitarzysta Kai Hansen wraz ze swoim znajomym, gitarzystą Piet’em Sielck’iem założyli zespół GENTRY. Na początku zespół wykonywał w większości covery Black Sabbath czy Uriah Heep, ale ambitni młodzieńcy przez cały czas pisali swoje własne kompozycje, podobno jednak dość mierne. W ciągu następnych dwóch lat zespół kilkakrotnie zmieniał nazwę (by mimo wszystko powrócić do tej pierwotnej) jak i pozostałych członków, którzy nigdy nie mogli na dłużej zagrzać sobie miejsca w grupie.
W połowie 1980 roku Hansen i Sielck poznali dwóch młodych ludzi, tak jak oni zafascynowanych cięższą muzą – Markusa Grosskopfa, rzeźnika, którego wielką pasją była gra na gitarze basowej, i Ingo Schwichtenberga, początkującego urzędnika, który swoje wyciszenie w biurze wyładowywał po godzinach waląc (zresztą całkiem nieźle) w bębny, którzy występowali dotychczas w zespole TRAUMSCHIFF. I w takim składzie postanowili grać dalej razem zmieniając nazwę na SECOND HELL. W tym okresie powstały trzy utwory, które stały się perełkami grupy – „Victim Of Fate”, „Murderer” i „Gorgar”. Jednak Sielck nie bardzo był zadowolony z tego co dotychczas stworzyła grupa i najzwyczajniej w świecie dał sobie spokój z graniem (wrócił dopiero po wielu latach by wraz z... Kai'’m Hansenem założyć bombowy IRON SAVIOR – ale to inna historia) i na poważnie zajął się pracą w studio – jako inżynier dźwięku, a z czasem jako znany producent. Hansen, niezbyt szczęśliwy z tego powodu, nie załamał jednak rąk.
Zdążył bowiem poznać śpiewającego gitarzystę zespołu POWERFOOL – Michaela Weikatha, który zaproponował mu dołączenie do grupy. Ostatecznie to Weikath a nie Hansen zmienił zespół – zdał sobie bowiem sprawę, że ten band może osiągnąć dużo więcej niż tylko występy w klubach dla nielicznej, czasami pijanej publiczności. W 1982 roku muzycy zmieniają nazwę na IRON FIST i przez kolejne dwa lata szlifują swoje umiejętności, urozmaicając także klubowy repertuar o swoje własne kompozycje.
W połowie 1984 roku Markus obejrzał gdzieś film Johna Carpentera „Halloween” i pod jego wpływem zaproponował kolegom (po drobnej korekcie liter) zmianę nazwy na HELLOWEEN. Nowa nazwa wszystkim bardzo się spodobała i tak już zostało.
Niedługo potem zespół został zaproszony przez wytwórnię Noise do nagrania dwóch utworów, które miały się ukazać na składance „DEATH METAL”. Znalazły się na niej dwa, niby dopracowane, aczkolwiek surowe kawałki – ciekawy „Oernst Of Life” oraz pierwotna wersja „Metal Invaders”. Piosenki te tak się spodobały szefom wytwórni, że zaproponowali młodym muzykom podpisanie profesjonalnego kontraktu.
I tak na początku 1985 roku na rynku ukazał się debiutancki mini –LP grupy, pod niezbyt wyszukaną nazwą – „HELLOWEEN”. Znalazło się na nim pięć kawałków (m.in. rewelacyjny „Warrior” i dopracowana wersja „Victim Of Fate”) i zabawne intro, które już na zawsze stało się „znakiem rozpoznawczym” wszystkich koncertów zespołu. Utwory te, wyprodukowane przy udziale Harriego Smitha, łączyła jedna, wspólna cecha – ogromna, niewyczerpalna energia, z jaką panowie wydobywali dźwięki ze swojego sprzętu, a Kai ze swojego niepowtarzalnego gardła, kojarzącego się niektórym z wokalem Kinga Diamonda. Lecz dopiero wydana pod koniec tego samego roku, długogrająca płyta "„WALLS OF JERICHO”, stała się ogromnym wydarzeniem, pozwalając zespołowi wspiąć się wysoko. Z tego miejsca na szczyt brakowało już tylko Klucza...
Na płycie znalazło się dziewięć utworów, a takie numery jak super szybki „Ride The Sky”, monumentalny „Guardians”, przebojowy „Heavy Metal (Is The Law)” czy rozbudowany, cudowny „How Many Tears” (którego pierwowzorem był utwór wykonywany przez Weikatha w zespole szkolnym – „Sea Of Tears”) stały się wizytówkami grupy i na zawsze znalazły sobie miejsce wśród klasyków zespołu. Oprócz tych kawałków znalazły się nowe wersje „Metal Invaders” i „Gorgar”. W sumie nie było słabego utworu na tym LP, a przyczepiano się jedynie do trochę pesymistycznych (ale niestety w większości prawdziwych) tekstów piosenek, zarzucając grupie takowe podejście do życia. Znaleźli się i tacy, którzy mieli również zastrzeżenia do produkcji, lecz większość krytyków ( o fanach nie wspominając) była po prostu zachwycona! Zespół coraz więcej koncertował, także poza granicami swojego kraju, i Kai coraz głośniej zaczął mówić, że nie daje sobie już rady śpiewając i jednocześnie grając na gitarze – potrzebny był etatowy wokalista.
Na początku 1986 roku zespół wydał maxi singiel „JUDAS” i było to ostatnie oficjalne wydawnictwo grupy, na którym za mikrofonem stał Kai Hansen. Utwór tytułowy z powodzeniem można umieścić wśród sztandarowych kawałków bandu, a cudowny, trochę niewyraźny wokal Hansena jeszcze długo po zakończeniu słuchania wibruje w uszach słuchacza. I tak większość fanów z żalem pożegnała głos Kai’a, z rezerwą przyjmując wiadomość, że nowy wokalista – Michael Kiske, który dołączył z mało znanej grupy „ILL PROPHECY”, jest talentem wokalnym na miarę Geoffa Tate’a z „Queensryche”! Muzycy zaprezentowali fanom swojego nowego frontmana na limitowanej wersji Picture LP, gdzie zaśpiewał on na utworze nazwanym po prostu "Surprise Track" a było to zabawne połączenie „White Christmas” oraz „I’ll Be Santa Claus”.
Wypada w tym miejscu powiedzieć kilka słów o grupie, z której dołączył Michael Kiske ILL PROPHECY. Grupa miała na swoim koncie taśmę demo, na której znalazło się 5 tracków i 10 sekundowa zapowiedz Micheala Kiske. Dwa z utworów zostały później przerobione przez grupę i wydane na pierwszej części Keeperów. Były to "Sou Always Walk Alone" i "A Little Time" - oczywiście ich pierwotne wersje brzmią zupełnie inaczej niż te znane z albumu. Zaraz po odejściu Michaela do Helloween zespół nagrał jeszcze jeden utwór demo z... tak - z Ralfem Scheepersem. Niestety taśma gdzieś się zapodziała i raczej nigdy go juz nie usłyszymy (pierwsze demo jest stosunkowo łatwo dostępne). Należy tu tez zdementować pogłoski o rzekomych występach Ralfa z Helloween w pierwszych latach działalności - nic takiego nie miało nigdy miejsca. Zresztą potwierdza to sam Ralf na oficjalnym forum swojego aktualnego zespoły Primal Fear: "Back then I was still in Tyran Pace and didn't perform with Helloween. I did some appearances in the late 90's just jamming "Future World" when they were on tour here in Stuttgart."
Ale nie tylko młodziutki Michi dołączył w tym czasie do „rodziny”. Na wiele lat „członkiem” zespołu stał się również nadworny rysownik, Belg – Frederick Moulaert, który swoimi wesołymi dyniami stworzył wspaniałą oprawę graficzną i uzupełnienie dla utworów na wielu następnych płytach Niemców.
Na początku 1987 roku pojawił się w końcu w sprzedaży długo oczekiwany drugi pełno wymiarowy album grupy – „KEEPER OF THE SEVEN KEYS...PART 1” promowany przez singiel „FUTURE WORLD”. Początkowo muzycy planowali wydać, mimo sprzeciwu wytwórni, podwójną płytę, ale w końcu zwyciężył zdrowy rozsądek i szacunek dla fanów, których lwią część nie byłoby stać by jednorazowo wyłożyć znaczną sumkę na podwójne wydawnictwo. W entuzjastycznych recenzjach pojawiły się określenia, że „Keeper 1” to najlepsza heavy metalowa produkcja od czasu „Pyromanii” Def Leppard, a przynajmniej największe osiągnięcie zachodnioniemieckiego ciężkiego rocka od wydania „Restless And Wild” Accept. I nie było w nich za grosz przesady!
Przebojowy „Future World”, romantyczny, trwający ponad trzynaście minut - „Halloween” , zaskakujący swoim bogactwem i zmianami tempa, czy cudowna, przepiękna ballada „A Tale That Wasn’t Right” (którą pani Kasia Krakowiak z pamiętnego MH nazwała „pościelówą mojego dzieciństwa”!) były przykładem dbałości o melodię i oderwaniem się od tego „pesymistycznego” podejścia do pisania piosenek. Brzmienie, w porównaniu ze wcześniejszymi wydawnictwami, stało się lżejsze, ale za to doskonale harmonizujące z głosem Kiskego.
Posypały się propozycje występów na międzynarodowych festiwalach ; między innymi „dyniowaci” trafili także do Katowic, gdzie wraz z „Overkillem”, „Running Wild’em” i plejadą polskich gwiazd, wystąpili na dwudniowej „Metalmanii”. Po kilku latach (przy okazji kolejnej wizyty w naszym kraju) Michael Weikath w wywiadzie dla „Tylko Rock’a” powiedział: „(...) czymś ogromnie ekscytującym był nasz pierwszy koncert w katowickim „Spodku” w 1987 roku. Po raz pierwszy graliśmy wtedy w tak wielkiej sali, na tak ogromnej scenie, przed tak dużą publicznością. Nie bardzo potrafiliśmy się odnaleźć na tej gigantycznej scenie. (...) Zdarzało nam się nie zdążyć dobiec do mikrofonów, żeby zaśpiewać kolejną zwrotkę, nie zdawaliśmy sobie bowiem sprawy, że to tak daleko (śmiech). Tak, to było podniecające przeżycie!”.
Trwała jeszcze trasa koncertowa kiedy wydana została druga część „Keepera” promowana przez single „DR. STEIN” i „I WANT OUT”. I znowu album ten okazał się doskonały! Od rozpoczynającego płytę, szybkiego i niezwykle melodyjnego „Eagle Fly Free” , przez żartobliwą opowieść o doktorze Steinie (takim szalonym Franken...steinie) , refleksyjny „We Got The Right”, piorunujący „I Want Out”, aż po epicki, wspaniały, nastrojowy „Keeper Of The Seven Keys” – po prostu muzyka jak marzenie; tak cudowna, że aż trudno znaleźć odpowiednie słowa żeby ją opisać.
Ogromny sukces obu albumów muzycy święcili na wielkiej trasie „Pumpkin Fly Free Tour”, która swoim zasięgiem objęła Europę, Japonię i Amerykę. Podczas tej trasy zarejestrowany został w listopadzie 1988 r, koncert w Szkocji, który został wydany w 1989 roku na trzech kontynentach pod różną nazwą: w Japonii jako „KEEPERS LIVE”, w Ameryce „I WANT OUT – LIVE!” (bez jednego kawałka) i w Europie – „LIVE IN THE U.K.” . I do dziś jest on jednym z najlepszych albumów koncertowych w całej historii ciężkiego rock’a! Miała na to z pewnością wpływ biegłość muzyków, autentyczna radość grania i cudowny kontakt Kiskego ze szkocką publicznością. Jeszcze na fali sukcesów obu „Keeperów” wydano pod koniec 1988 roku składankę „PUMPKIN TRACKS”, na której oprócz utworów z „podwójnego” albumu, znalazły się także i starsze kompozycje.
I kiedy już wydawało się, że „Strażnik Kluczy” otworzy za chwilę bramy Raju – wszystko powoli runęło. Najpierw grupę opuścił, uznawany za lidera, Kai Hansen. Początkowo nie znane były powody takiego kroku, ale z czasem okazało się, że dwaj gitarzyści grupy (Hansen i Michael Weikath) od dość dawna nie przepadali za sobą i mieli raczej odmienne zdania na temat pisania utworów i gry na gitarze.
Następnym szokiem jakiego doznała grupa i jej fani, była informacja, że zespołowi zostaną odebrane dwie złote płyty za oba „Keepery”. Powód – błąd w obliczeniach, który spowodował, że podano jakoby zawyżoną liczbę sprzedanych albumów (potem zostały one, wraz z przeprosinami, zwrócone, ale olbrzymi niesmak pozostał..).
Kiedy wydawało się, że już nic gorszego nie może się przydarzyć, a zespół miał już wydać kolejną, z niecierpliwością oczekiwaną, studyjną płytę w nowej wytwórni EMI, okazało się, że stary kontrakt z Noise został zerwany bezprawnie. Niemiecka wytwórnia wystąpiła na drogę sądową i dnia 20 grudnia 1990 r. sąd rejonowy w Berlinie wydał następujące orzeczenie: „Unieważnienie kontraktu płytowego nie ma mocy prawnej, Helloween są nadal związani kontraktem z Noise.” 29 stycznia 1991 roku ten sam sąd zabronił grupie Helloween jakiejkolwiek promocji swojego materiału audio i video, a dzień później nakazano EMI „zatrzymanie produkcji i powielania materiału stanowiącego nową płytę, zarówno w formie audio jak i video.” Innymi słowy „PINK BUBBLES GO APE” był już gotowy, lecz nie mógł ukazać się na rynku, a zespołowi zabroniono koncertować i udzielać jakichkolwiek wywiadów. Taka decyzje była bolesnym ciosem dla bandu, a zdenerwowany Michael Kiske powiedział nawet w jednym z wywiadów (!?), że jeżeli Noise i jej szef Karl Walterbach wygra „to w tym przypadku zespół przestanie istnieć.”
Cała sprawa trwała blisko dwa lata (w międzyczasie, w sierpniu 1991 r., do sklepów trafił kolejny album z serii „best of” – „THE BEST+THE REST+THE RARE” i jest on ostatnią płytą Helloween wydaną pod szyldem Noise) i dopiero w lutym 1992 roku doszło do porozumienia między obiema stronami, czego dowodem było wydanie pod koniec marca zapowiadanego albumu, który promował singiel „KIDS OF THE CENTURY” (było to oficjalne, ale tak naprawdę drugie wydanie tej płyty – pierwsze „odbyło” się jeszcze w czerwcu 1991 roku). Niestety, nie był to album, jakiego należało się spodziewać, a złożyło się na to kilka rzeczy. Znakomity skądinąd producent Chris Tsangarides (znany m.in. ze współpracy z Judas Priest) miał inną opinię na temat brzmienia Helloween, niż sam zespół. Po drugie, wykreowany własny, rozpoznawalny styl, znany z obu „Keeperów” został zastąpiony „dwuwymiarowym błyskiem z dobrego studia (A. Noguera „MH”)” i po trzecie w końcu, panowały w grupie niezbyt przyjazne stosunki, a muzycy przyzwyczajali się jeszcze do swojego nowego gitarzysty, Rolanda Grapowa, który dołączył na miejsce Hansena z zespołu RAMPAGE. Mimo wszystko „PINK BUBBLES GO APE” mogła się podobać, a takie utwory jak „Kids Of The Century”, „Number One” (który ukazał się także na kolejnym singlu, o tym samym tytule), „Someone’s Crying”, „Mankind” czy ballada „Your Turn” są naprawdę wyśmienite (aż dziw bierze, czemu na koncertach zespół gra tylko jeden kawałek z tego albumu, dość przeciętną kompozycję Grapowskiego – The Chance”).
Lecz kolejny album studyjny – „CHAMELEON”, zepchnął zespół (w opinii większości fanów – opinii, której niżej podpisany do końca nie podziela) na prawie samo dno. Ukazał on się w czerwcu 1993 roku, a poprzedzony został, wydanym w maju, singlem „WHEN THE SINNER”. I już pierwsze recenzje dowodziły, że coś jest nie tak. Niby wychwalano grupę za aranżacje, sześciostrunowy bas Markusa oraz masę dźwięków wydobytych z ogromnej ilości instrumentów, od smyczkowych zaczynając, aż na sekcji dętej kończąc, i wystawiano na końcu tych recenzji przeważnie najwyższe noty, tyle tylko, że oceniano go pod kątem albumu nie heavy metalowego, a ...rockowego! Z całego albumu na uwagę zasługują ballady „Windmill” i „Longing”, jedyny (w moim odczuciu) rasowy kawałek „Giants” oraz „First Time” i „I Believe”. Zespół wyruszył na kolejną dużą trasę (w trakcie której, wydane zostały kolejne dwa single: „I DON’T WANNA CRY NO MORE” i „STEP OUT OF HELL”) ale nie była ona niestety do końca udana. Utwory z nowej płyty były przyjmowane dosyć chłodno przez fanów (z wyjątkiem tych w Japonii – tam krążek osiągnął status „platynowej płyty !), a do tego doszedł jeszcze kłopot z Ingo Schwichtenbergiem, który zaczął coraz częściej sięgać po różnego rodzaju używki, a nie mogąc przez to skupić się na graniu został tymczasowo zastąpiony przez młodego , mało znanego bębniarza – Ritchie’go Abdel - Nabi’ego. Kiedy po skończeniu trasy muzycy wzięli się do pracy nad nowym albumem, okazało się, że dalsza współpraca z Michaelem Kiske nie będzie kontynuowana. Powodem było, jak powiedział później Weikath zachowanie Michi’ego: „(...) Kiske zainteresował się jakimś mistycyzmem i sprawami religijnymi, traktował ludzi jak gorszych od siebie, tylko dlatego, że nie lubili jego i jego nowych muzycznych pomysłów, był opryskliwy dla każdego, nawet dla fanów.” Zespół musiał też zrezygnować z usług Ingo, który poddał się leczeniu, gdyż podczas badań okazało się, że ma on wrodzoną schizofrenię...
Również została zakończona dotychczasowa współpraca z wytwórnią EMI, a zespół podpisał nową umowę z Castle Communications. Weiki tak opisał całą sytuację: „(...) A jak doszło do współpracy? Alkohol jednoczy ludzi, ha, ha. Nasz menager, Rod Smallwood (...) spotkał się z Doggym z Castle i schlali się. Rod będący już w stanie totalnego upojenia mówi do niego; „Wiesz, mam świetny band, który akurat nie ma kontraktu.” A Doggy na to: „A jak się on będzie sprzedawał?” Rod odpowiada, że: „No, kilkadziesiąt tysięcy płytek pójdzie z pewnością.” No i Doggy się zgodził, ha, ha.”
W miejsce opuszczone przez Kiske’go i Schwichtenberg’a dołączyli: Andi Deris, niedawny wokalista PINK CREAM ’69 oraz Uli Kusch, były pałker HOLY MOSES, GAMMA RAY (zespołu jaki założył ...Kai Hansen po odejściu z Helloween) i AXE LA CHAPELLE.
I w takim składzie nagrany został wydany w połowie 1994 roku album „MASTER OF THE RINGS” (później uzupełniony w Stanach Zjednoczonych o bonusową płytką ze wszystkimi utworami ze stron B- singli z tego okresu), promowany aż przez cztery single: „WHERE THE RAIN GROWS”, „MR. EGO (TAKE ME DOWN)”, „PERFECT GENTLEMAN” i „SOLE SURVIVOR”. Przez większość krytyków album ten został uznany za wyjście grupy z kryzysu i w sumie należałoby się z tym zgodzić (chociaż znam też i mniej pochlebne opinie na temat tej płyty – w końcu każdy może mieć swoje własne zdanie). Album ten rozpoczyna trochę kiczowata opowieść o powrocie „Strażnika Siedmiu Kluczy”, który tym razem ma się posłużyć Siedmioma ...Niebiańskim Pierścieniami. Weiki’emu i spółce bardzo widać zależało na powrocie do korzeni. I moim zdaniem próba ta się powiodła! Od niesamowitego, potężnego „Sole Survivor”, na którym Uli pokazał wielką klasę, poprzez „Where The Rain Grows”, podniosły (jak hymn) „Mr. Ego (Take Me Down)”, zabawny i trochę przesłodzony „Perfect Gentleman”, a na balladzie „In The Middle Of A Heartbeat” i wspaniałym „Still We Go” kończąc, płyta sprawia wrażenie przemyślanej i naprawdę bardzo dobrze zagranej. Weiki i Roland z wyraźną w końcu swobodą wygrywali wszystkie solówki i zabrakło mi tylko głosu Michaela Kiske, chociaż nie mogę nic złego zarzucić Andi Derisowi, który swoją wartość udowodnił dopiero na następnych albumach grupy.
I stało się! Pod koniec stycznia 1996 roku ukazał się maxi singiel „POWER”, który zapowiadał, że nowe dzieło „THE TIME OF THE OATH” (wydane w marcu tego roku) jest powrotem do domu – albumem, na jaki od wielu lat czekali wszyscy fani grupy! Już po obejrzeniu okładki, na której znalazł się człowiek w kapturze, a za jego plecami smoki i demony znane z okładki pierwszego „Keepera”, można się było domyślać zawartości tego longa. Tematem przewodnim przewijającym się w tekstach, były przepowiednie Michaela de Notre – Dame (Nostradamusa), XVI wiecznego francuskiego lekarza i jasnowidza, który przewidział wiele wydarzeń jakie rozegrały się w historii ludzkości po jego śmierci. Pomysł na napisanie tego (prawie całkowicie) concept-albumu wysunął Andi Deris, a reszta zespołu przyjęła go z ochotą. Muzycznie album ten bardzo przypomina dokonania z czasów „WALLS OF JERICHO” i obu „Keeperów”, ale brzmienie, choć jednakowe dla wszystkich utworów, jest wyraźnie nowocześniejsze. Trudno też wymienić jakieś „wybijające” się numery, gdyż wszystkie zasługują na słowa uznania (niemniej dla mnie osobiście do perełek tego albumu zaliczają się takie utwory jak „Power”, ballada „Forever And One (Neverland)”, „Before The War” oraz „Kings Will Be Kings”). Płyta zyskała wielkie uznanie wśród krytyków i fanów, a zespół został poproszony o nagranie jakiegoś utworu na płytę poświęconą Judas Priest, która ukazała się w lipcu. Helloween wybrał „Hellion/Electric Eye” i kompozycje te znalazły się także na wydanym pod koniec kwietnia singlu „THE TIME OF THE OATH”, na którym znalazł się również cover ...J.M. Jarre’a – „Magnetic Fields”. I tylko jedna informacja umieszczona na kopercie przyćmiła cały blask tego krążka. Muzycy Helloween zadedykowali ją Ingo Schwichtenberg’owi, który nie mógł już sobie poradzić ze swoją chorobą i podczas kolejnej depresji w marcu 1995 roku rzucił się pod pociąg metra...
Niesiony na fali sukcesu płyty „THE TIME OF THE OATH” zespół, tak jak po albumie „MASTER OF THE RINGS”, wyruszył na dużą trasę, która swoim zasięgiem objęła prawie wszystkie kontynenty, by zarejestrować występy w Hiszpanii i we Włoszech, z myślą o wydaniu płyty i kasety video z tych koncertów.
I tak w sierpniu tego samego roku do sklepów trafia singiel z samymi balladami, „FOREVER AND ONE (NEVERLAND)” (znalazł się tam m.in. jeden utwór koncertowy) promujący drugi w historii Helloween koncertowy album grupy – „HIGH LIVE” (wydany 1 września także na kasecie video oraz w formie boxu). Znam opinie, że to dwupłytowe wydawnictwo było paradoksalnie najlepszą rzeczą jaką grupa wydała od czasów „PINK BUBBLES GO APE”, jednak zupełnie nie zgadzam się z taką opinią. Owszem, jest tam kilka świetnych kawałków (chyba najlepsze mimo wszystko są te z „Keeperów”), sprawnie zagranych i wyprodukowanych: można rzec, że to naprawdę dobra płyta, ale dla mnie to jakoś nie to... – tak jakby panowie niezbyt się do tego przyłożyli. I nie można tu za nic winić Andi Deris’a, który (wraz z Rolandem) wziął na swoje barki rozgrzanie i zabawianie publiczności. Po prostu czegoś brakuje...
Mniej więcej w tym samym czasie (jakby na otarcie łez) ukazał się w Japonii (ci to mają szczęście!) czteropłytowy „PUMPKIN BOX”, na którym znalazły się wszystkie najważniejsze kompozycje zespołu, niepublikowane wywiady ze wszystkimi byłymi i obecnymi członkami grupy (zabrakło tylko Ingo Schwichtenberga...), plakaty, nalepki i cała historia (oczywiście po japońsku) grupy. Dla każdego fana rarytas! Niestety wydawnictwo to nigdy nie ukazało się w Polsce...
Na następny studyjny album zespół kazał nam czekać prawie dwa lata. Ale opłaciło się! Wydana na początku 1998 roku (poprzedzona singlem „I CAN”) płyta „BETTER THAN RAW”, nie tylko umocniła już i tak wysoką pozycję grupy wśród wykonawców metalu na całym świecie, ale wyniosła Ją na wyżyny – za sprzedaż w Europie „BETTER THAN RAW” otrzymała status „złotej”, a w Japonii „platynowej płyty”! I w pełni na ten sukces zespół zasługiwał. Wszystkie kompozycje, od rozpoczynającego album, wykręconego, z klasycznym zadęciem „Deliberately Limited Preliminary Prelude Period In Z”, poprzez (jak powiedział, w którymś z wywiadów Weiki) po prostu łamiący nos, chyba najmocniejszy kawałek w historii grupy – „Push”, niesamowity „Hey Lord!” i „Revelations”, nostalgiczny „Time”, przebojowy „I Can” czy oryginalny „Laudate Dominum”, aż po najbardziej dla mnie cudowny, klasyczny „Midnight Sun”, są po prostu wspaniałe! Każdy utwór ma swoje własne brzmienie i, jak powiedział później Uli Kusch, jedyną koncepcją tej płyty była „koncepcja braku koncepcji”. Cóż za wspaniałe wytłumaczenie geniuszu płyty (oprócz „zmiennego” brzmienia doszło do jeszcze jednej zmiany w „rodzinie” – etatowy grafik Frederick Moulaert został zastąpiony przez Rainera Laws’a, którego „pumpkiny” mają wygląd dużo groźniejszy niż u swojego poprzednika) !
Oprócz niesamowitych walorów swej zawartości (muzyka i teksty), płyta ta stała się dla mnie ważną jeszcze z innego powodu. Otóż, „sprowadziła” ona zespół do Polski – po raz pierwszy od jedenastu lat! I nie ważne, że Helloween przyjechał tylko jako support Black Sabbath (a na większości trasy grał na wspólnych występach z Iron Maiden – jak za starych dobrych czasów), liczyło się tylko to, że przyjechali. Dzięki uprzejmości kilku wspaniałych ludzi (jeszcze raz – Dziękuję!) miałem okazję osobiście poznać przed koncertem większość członków zespołu, a już po cudownym występie (kosztem większości koncertu „Sabbathów”) okazję długiej rozmowy i pożartowania ze wszystkimi już członkami bandu. Czegoś takiego nie zapomina się do końca życia ! (Przemek)
Od razu z Polski zespół udał się do Japonii, by niedługo potem wydać kolejny singiel – „HEY LORD!” (na którym znalazła się m.in. sekcja multimedialna i dwa utwory zarejestrowane na trasie w Japonii – „Moshi Moshi” i „Shiki No Uta”). Również w tym samym roku (tyle, że znowu w Japonii!) ukazały się dwie nowe płyty – „KARAOKE REMIX VOL.I &II”, na których znalazły się zmienione (z natury bez wokali) wersje utworów grupy – począwszy od „Walls Of Jericho” i „Ride The Sky”, a skończywszy na najnowszym „Midnight Sun”.
Zbliżała się piętnasta rocznica istnienia grupy, a także dobiegała już umowa z Castle Communications, kiedy zespół zdecydował się na wydanie nietypowego albumu, zawierającego przeróbki starych wykonawców. I może nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie znalazły się tam utwory wykonawców ...popowych. Album „METAL JUKEBOX” ukazał się we wrześniu 1999 roku (poprzedzony, wydanym tylko w Japonii, singlem „LAY ALL YOUR LOVE ON ME” zawierający m.in. balladę Beatlesów „Something”) i na jego temat krążą zupełnie skrajne opinie. Nie będę się rozpisywał na temat tego albumu. Mogę tylko stwierdzić, że takie utwory jak „Lay All Your Love On Me”, ballada „Space Oddity”, „All My Loving””, „Juggernaut” czy „Mexican” zagrane zostały rewelacyjnie! Czy był sens wydania takiej płyty i całą resztę niech dodadzą od siebie panowie Michael Weikath: „Gdy prześledziliśmy naszą biografię doszliśmy do wniosku, iż wydanie albumu z naszymi największymi przebojami, bądź płyty koncertowej nie ma żadnego sensu. Pojawiły się co najmniej trzy albumy, włącznie z nieoficjalnymi, które stanowiły kompilację naszej dotychczasowej, tej z list przebojów, twórczości. Stąd, zdecydowaliśmy się na album, na którym zaprezentujemy we własnych wersjach utwory wykonawców, których kiedyś słuchaliśmy.” oraz Uli Kusch: „(...) Wybieraliśmy tylko te utwory, których linia melodyczna zbliżona jest do tych jakie usłyszymy w kompozycjach Helloween. Wtedy pozostał nam tylko problem odpowiedniej proporcji instrumentów.”
Grupa nie promowała w jakiś szczególny sposób tego longa, ani nie wyruszyła na trasę koncertową, dzięki czemu mogła skupić się na pisaniu utworów na swoją następną płytę, mającą ukazać się pod szyldem Nuclear Blast. Roland Grapow: „Kontrakt z Castle Communication i tak się wyczerpywał. Zdecydowaliśmy się jako ostatnią płytę wydać „METAL JUKEBOX”, ponieważ wydawało nam się, iż ostatnim wydawnictwem publikowanym przez tę wytwórnię nie powinien być kolejny regularny album studyjny. Zawsze bowiem ostatnie wydawnictwo dla danej wytwórni nie jest wystarczająco intensywnie promowane. (...) Dlatego też doszliśmy do wniosku, iż powinniśmy nowy materiał zachować dla nowego wydawcy.”
Pod koniec września 2000 roku wydany został, po raz pierwszy w Polsce, singiel – „IF I COULD FLY”, mający za zadanie promowanie najnowszego wydawnictwa grupy ( w Japonii „zajął” się tym „MR. TORTURE”). Z tej okazji do naszego kraju zawitali również, na tzw. „tour-press”, Roland Grapow i Markus Grosskopf, którzy udzielili mnóstwa wywiadów oraz spotkali się z fanami w warszawskim „Empik’u”.
Miesiąc później do sklepów trafił „THE DARK RIDE” i zmiażdżył nam wszystkim nosy! Na temat tego albumu mogliśmy wszystko przeczytać w niemal każdej muzycznej prasie, więc zupełnie nie chcę się powtarzać (mogę tylko stwierdzić, że pośród całego rewelacyjnego albumu, absolutnymi perłami są dla mnie ‘Mr. Torture”, „If I Could Fly”, „Salvation” i „The Dark Ride”). Faktem jest, że to najmroczniejsza i najcięższa płyta w całym dorobku zespołu, a o powodzie zmiany stylu powiedział sam Markus Grosskopf: „Tak, chcieliśmy tym razem zmienić w pewnym stopniu styl naszej muzyki, pójść w nieco innym kierunku. Odnosiliśmy bowiem wrażenie, iż nagrywając album utrzymany w naszym tradycyjnym stylu, w pewien sposób zaczęlibyśmy już kopiować samych siebie. Tym razem natomiast miało powstać coś świeżego, nowego i różniącego się od dotychczasowego stylu Helloween." I posunięcie to okazało się bardzo udane.
Zespół ponownie wyruszył na wielką trasę koncertową (która swoim zasięgiem objęła m.in. Rosję), ale znowu, niestety, ominęła Polskę. Podczas tej trasy zaczęło się jednak w zespole źle dziać; panowie nie mogli do końca porozumieć się w wyborze utworów na set i przez to nie wszyscy czerpali pełną radość z występów na żywo (jak prorocze okazały się słowa, które Markus i Roland wypowiedzieli dwa lata wcześniej podczas promocyjnego wywiadu dla „Mystic Art.”. Na pytanie czy działalność poza Helloween, nie koliduje z normalnym trybem pracy grupy, panowie powiedzieli: Markus „(...) Gram sobie gdzieś tam na boku, ale to zupełnie nie koliduje z Helloween.” Roland „A ja lubię, kiedy koliduje, cha, cha! Robię, co robię i nie obchodzą mnie oni, cha, cha!” Markus „Bądź cicho! Bo cię wywalimy, cha, cha!” Roland „Zawsze jest jakieś ryzyko, cha, cha!” No i wykrakał...). Po powrocie do domu panowie podjęli smutną decyzję – Roland i Uli muszą opuścić zespół ( a o powodzie tej decyzji możecie przeczytać z zamieszczonego wywiadu z Michaelem Weikathem)! Był to ogromny cios dla każdego fana grupy (z niżej podpisanym włącznie), ale na szczęście sam zespół nie bardzo się tym przejął. W miejsce Uli’ego, Weiki dość szybko dokooptował Marca Crossa (ostatnio w METALIUM), a wolny plac po Rolandzie zaproponował etatowemu gitarzyście ...Gamma Ray – Henjo Richter’owi. Spowodowało to kolejne już spięcie na linii Hansen – Weikath (chociaż do tego czasu sytuacja znacznie się poprawiła w kontaktach obu panów..).
W tym samym czasie grupa Sanctuary wykupiła od wytwórni Noise prawa do starych albumów zespołu i zdecydowała się na wydanie kolejnego albumu „best of” pod tytułem „TREASURE CHEST”. Na tym wydawnictwie znalazły się prawie wszystkie najlepsze kawałki jakie ukazały się na wcześniejszych płytach (pięć z nich od nowa zmiksowanych i przearanżowanych). Ukazała się również limitowana wersja tej kompilacji zawierająca jeszcze w tekturowym pudełeczku ładniutki plakacik oraz dodatkową płytę „BURRIED TREASURE” z mało znanymi kawałkami ze stron „B” singli.
Niedługo potem rozwiązało się w końcu personalne zawirowanie. Henjo postanowił nie opuszczać Gamma Ray, ale Helloween na tym nie stracił. Na prośbę producenta, Charlie’go Bauerfeinda grupa zaprosiła na próbę młodego gitarzystę Freedom Call, Saschę Gerstnera i się Nim zachwyciła !
Zespół rozpoczął więc nagrywanie najnowszego albumu. Jednak pech nadal prześladował band. Po zarejestrowaniu partii perkusji na dwa nowe kawałki okazało się, że Marc Cross cierpi na mononukleozę – chorobę powodującą zanik mięśni. Panowie poprosili więc Mickey’a Dee, etatowego bębniarza Motorhead, o pomoc w nagraniach. Ten zgodził się natychmiast i w bardzo szybkim czasie zarejestrował brakujące (prawie wszystkie!) partię swojego instrumentu. Jednak kłopot nie był do końca rozwiązany. Wtedy to Michael Weikath wpadł na pomysł nagrania coveru Accept, „Fast As A Shark” z myślą o umieszczeniu go na japońskiej wersji albumu. Zadzwonił więc do byłego pałkera Accept, Stefana Schwarzmanna, z pytaniem, czy nie zechciałby wspomóc zespół w tym nagraniu. Sympatyczny „rudzielec” zgodził się bez wahania, o po udanej sesji dostał propozycję dołączenia do grupy na stałe – dwa razy nie trzeba było tego powtarzać!
Na początku maja 2003 do sklepów trafia w końcu najnowsze dzieło „RABBIT DON’T COME EASY” (ukazała się również limitowana wersja digipack tego krążka, zawierająca bonusowy utwór „Far Away”), promowane przez singiel „JUST A LITTLE SIGN” (również wydany w dwóch wersjach – cd i digipack). Płyta ta okazała się (po raz kolejny) metalową rewelacją! Myślę, że każdy ma na ten temat swoje, wyrobione już zdanie. Do sklepów trafiła również specjalna, limitowana wersja „de lux” zawierająca oprócz albumu digi cały zestaw gadżetów (koszulkę, cylinder, króliczka, gumową dynię, yo-yo i pestki z dyni..). Płyta ta doprowadziła również do tego, że (już po raz trzeci) nasz kraj odwiedził zespół grając cudowny i rewelacyjny koncert! Lecz o tym występie i związanych z nim wydarzeniach przeczytacie w innym miejscu.
Po świątecznej i noworocznej przerwie zespół wyruszył na drugą, festiwalową część trasy, którą zakończył występ na Wacken Open Air, który swoim udziałem uświetnił sam Kai Hansen, który zagrał z chłopakami dwa kawałki: How Many Tears i Future World.
Mniej więcej w tym samym czasie Nuclear Blast zaproponowało zespołowi nowy kontrakt, którego warunki były jednak nie do przyjęcia, o czym w specjalnym wywiadzie poinformował Michael Weikath: "Nuclear Blast podlega EastWest i komuś tam nie spodobały się dotychczasowe zapisy. Nie byliśmy zadowoleni z nowej oferty, bo przypominała nam sztampowe kontrakty, jakie nam oferowano wcześniej. Nuclear Blast przyniosło nam typowy kontrakt dla niemieckiej kapeli, która poza swą ojczyzną nie sprzedaje zbyt wielu płyt. Chciano nam obciąć procenty od sprzedaży za granicą, podczas gdy my akurat tam jesteśmy mocniejsi."
I tak kilka dni po powrocie z Wacken ukazało się oświadczenie zespołu, w którym zespół poinformował o podpisaniu nowej umowy z firmą SPV/Steamhammer, która jeszcze w latach osiemdziesiątych zajmowała się dystrybucją obu "Keeperów" oraz zapowiedział wydanie w najbliższym czasie DVD "Hellish Videos" i rozpoczęcie prac nad nowym albumem studyjnym o roboczym tytule.. "Keeper Of The Seven Keys...3".
Niestety w zespole nastąpiła kolejna zmiana personalna. Stefan Schwarzman ledwo zdążył zagrzać stołek po koncertach z zespołem, a już ukazuje się komunikat o jego odejściu z powodu "rozbieżności w gustach muzycznych". A tak naprawdę część partii perkusyjnych przygotowywanych na nowy album była dla Stefana zbyt skomplikowana. Zespół szybko znajduję następce Stefana, a jest nim Dani Loeble grający wcześniej z Rowhead Rexx czy Blazem na trasie koncertowej do "Tenth Dimension".
Dani doskonale pasuje do zespołu, a świetna atmosfera przelewa się na świetny materiał. Wczesnym latem 2005 roku w Europie ukazuje się singiel "Mrs. God" (miesiąc wcześniej na terenie Japoni). Pierwotnie singlem promującym nowy album miał być "Come Alive" - dlaczego pomysł upadł - nie wiem. Ale wróćmy do "Mrs.God". Zabieg dość ryzykowny jak na utwór singlowy, bardzo dziwny, jakby nie Helloweenowy. Część fanów do dziś tego utworu nie trawi :) Za to zaraz po nim następuje zapowiedź prawdziwego powrotu do korzeni w postaci "King For A 1000 Years". Rozbudowane prawie 15 minutowe arcydzieło. Po odsłuchaniu tego kawałka pozostawało z niecierpliwością czekać na pełny album. Do "Mrs.God" nakręcono również klip video, dostępny w formie DVD np. na kompilacji SPV "Rock S'cool".
I w końcu przychodzi wyczekiwany dzień premiery nowego albumu "Keeper Of The Seven Keys - The Legacy". Dziedzictwo po starych Keeperach broni się samo... Płyta wydana w formie 2CD, jeden dedykowany dla "starych" fanów Helloween, drugi dla tych nieco "młodszych". Osobiście nie zgadzam się z tym podziałem. Album bardzo rozbudowany, długie tracki na mierę "Keepera..." czy "Halloween". Andi woklanie przechodzi sam siebie, myślę że przeciwnicy Andiego zmienią zdanie po przesłuchaniu tego albumu. Markus z Danim dwoją się i troją w wymyślnych kombinacjach basowo-perkusyjnych. A Sascha z Weikimi raczą nas solówkami jak za dawnych dobrych lat. Album jest po prostu rewelacyjny, a po rewelacyjnym albumie wypadałoby zorganizować równie dobrą trasę koncertową. I tak też się stało...
Trasa głośno promowana jak sam album. SPV staje na wysokośći zadania. Do kupienia różne cuda koszulki, czapki, pierścienie, kalendarz... sam album promowany licznymi wywiadami - plakatami mniejszymi i większymi, pocztówkami i któż wie czym jeszcze. I nareszcie miłe zaskoczenie dla polskich fanów. Zespół zapowiada koncerty w Polsce 23 i 24 listopad 2005 - pierwotnie dwa, później trzy by w końcu dać dwa :) Pierwszy odbył się w Krakowie poprzedzony spotkaniem z fanami w Media Markt poł
ączonym z rozdawaniem autografów, uczestniczyli w nim Dani, Weiki i Markus. Kolejny dzień spotkanie w warszawskim Empiku tym razem Wekiego zastąpił Sascha. Również możliwośc porobienia fotek i otrzymania autografów. Po nim koncert w Stodole - bardzo udany. Chyba największe tour od trasy "Keeperów..." Z krótkimi przerwami muzycy są w trasie prawie rok. Liczne występy na letnich festiwalach. Specjalnie z tej okazji można nabyć okazjonalne koszulki, również z okazji Mistrzostw Świata w piłce nożnej odbywających się w Niemczech wydano okazjonalną koszulkę z goal keeperem :) Zwłaszcza miło wspominam koncert z Vizovic na festiwalu Masters Of ROck 2006, gdzie na scenie mogliśmy zobaczyć obok muzyków Helloween, prawie cały Gamma Ray (zabrakło Dana Zimmermana). Muzycy wspólnie wykonali "I Want Out" i "Future World".
Idąc za ciosem w sklepach pojawia się winylowe wydanie albumu "The Legacy". Ładnie wydany, rozkładany album - ale bez rewelacji. W zapowiedziach nakręcone podczas koncertów w Sofii, Tokio i Sao Paolo DVD, jak i kolejne kompilacyjne wydawnictwo Niemców "Singles Collection" - aż 7 dyskowy BOX, a to dopiero część pierwsza tej kompilacji.
Nadejście jesieni i zimy nie oznacza jednak, że zespół udaje się na zasłużony odpoczynek. Otóż w sierpniu na zamku w miejscowości Veldenstein nakręcony zostaje materiał do videoklipu "Light The Universe". Gościnny udział Candice Night gwarantuje kolejny komercyjny sukces. Realizacją klipu zajął się Alex Diezinger. Premiera zarówno klipu jak i nowego singla o tym samym tytule już w listopadzie.
c.d.n.